poniedziałek, 12 listopada 2007

Solidarność w domu

W domu słyszałam wcześniej komentarze polityczne. Z reguły przy okazjach odwiedzin "ciotki dolarówki". To siostra mojego taty która jeździła regularnie za granicę (do naszych socjalistycznych sąsiadów) handlować polskimi kosmetykami, ręcznikami itp. a zarobione ruble, korony czy forinty zamieniała na złoto i dolary. Czasem przywoziła też jakieś ubrania zagraniczne i choć rzadko dostawałam coś z tej okazji to pamiętam chodzącą lalkę z której byłam strasznie dumna i kilka lat później węgierskie haftowane bluzeczki które nosiłam jako nastolatka.

Przy okazji takich wizyt trochę opowiadała o tym jak jest za granicą - dziwiłam się że ludzie boją się mówić co myślą bo za najmniejszą krytykę pod adresem władzy mogli trafić do więzięnia.
Bali się także własnych sąsiadów.
U nas chyba nie było aż tak źle, bo jak ktoś już coś mówił na temat polityki (poza oficjalnymi okazjami) to raczej nie były to przychylne komentarze.

Powstanie solidarności było dla mnie niezwykłym przeżyciem. To że ojciec był gorącym zwolnnikiem Solidarności nie było dziwne, ale kiedy u mamy w zakładzie, małej szwalni w maleńskim miasteczku też powstała solidarność wiedziałam że dzieje się coś naprawdę niezwykłego.

Brak komentarzy: